Ciężko mają kibice Realu Madryt, Olympique Marsylia, Juventusu Turyn - bo właśnie te zespoły sponsorowane są przez bukmacherów, co naraża wystrojonych w klubowe koszulki fanów na zarzut zabronionej reklamy gier hazardowych. Ale żeby od razu posyłać w bój uzbrojonych celników?
Dla świętego spokoju przeglądam swoje t-shirty z nadrukami. Replika reprezentacyjnej koszulki z mundialu 2006 (pamiętacie - buńczuczny motyw husarii) spakowana czeka, aż nabierze wartości jako relikt z czasów, gdy Polacy grali na mistrzostwach świata. Inna, z narysowaną przez Marka Raczkowskiego kwaczącą kaczką (w dymku napis "fuck, fuck") używana jest tylko podczas wyborów. Kolejna, upamiętniająca pielgrzymkę Jana Pawła II z 1997 roku przypomina trochę t-shirty z wypisanym tournee zespołów rockowych, co może razić niektórych rodaków. Następna, chociaż nadrukowane hasła ("wild and wired", "one of a kind") w pełni oddają mój żywiołowy charakter, zaprojektowana została przez Ewę Minge dla Marlboro, więc nie noszę jej przy dzieciach.
Pozostaje mi tylko wysłużony, ale wierny t-shirt z filmowym cytatem.
"Nobody's perfect"