Moja córka przed swymi urodzinami delikatnie sugerowała prezent, jaki chciałaby otrzymać - kolekcjonerską lalkę Barbie. Ceny od 500 pln w górę. Przed widmem bankructwa - wiadomo, kolekcję trzeba powiększać - uratowało mnie wytłumaczenie Basi, że taką lalką nie można się bawić, ba, nawet z pudełka nie należy jej wyciągać. I to tłumaczenie wystarczyło.
Ucieszyłem się w niedzielę, że do walki z osobnikami żerującymi na żyłce hobbystycznej włączył się premier. - Nie damy już więcej tym ludziom oddechu i osiągniemy sukces - powiedział, tłumacząc akcję podległych sobie sił na sklepy z przedmiotami kolekcjonerskimi. I dobrze. Chcesz być kolekcjonerem - poświęć tej sprawie czas, szperaj po wiejskich strychach, pchlich targach, szafie babci itd. A nie - wpadasz do sklepu, wydajesz trochę kasy i już jesteś kolekcjonerem.
Żona zagląda mi przez ramię i tłumaczy, że chodzi o innego rodzaju przedmioty kolekcjonerskie. Ale ja swoje wiem. Wychodzę na balkon skręcić papierosa. Psiamać, bibułki mi się kończą. Trzeba jutro dokupić. Koło stacji metra jest taki sklepik...